Tagi

, , , , , , , ,

Po dłużej (znowu) przerwie i po wielkiej ciszy, a może nawet i nocy znowu siadam, by napisać kilka słów. Wszystko znów za sprawą Bożego słowa, które mnie zmotywowało do tego. Najpierw niech przemówi On sam:

(Mk 4,35-41)
Przez cały dzień Jezus nauczał w przypowieściach. Gdy zapadł wieczór owego dnia, rzekł do nich: Przeprawmy się na drugą stronę. Zostawili więc tłum, a Jego zabrali, tak jak był w łodzi. Także inne łodzie płynęły z Nim. Naraz zerwał się gwałtowny wicher. Fale biły w łódź, tak że łódź już się napełniała. On zaś spał w tyle łodzi na wezgłowiu. Zbudzili Go i powiedzieli do Niego: Nauczycielu, nic Cię to nie obchodzi, że giniemy? On wstał, rozkazał wichrowi i rzekł do jeziora: Milcz, ucisz się! Wicher się uspokoił i nastała głęboka cisza. Wtedy rzekł do nich: Czemu tak bojaźliwi jesteście? Jakże wam brak wiary? Oni zlękli się bardzo i mówili jeden do drugiego: Kim właściwie On jest, że nawet wicher i jezioro są Mu posłuszne?

Znana nam jest wszystkim ta scena. Burza na jeziorze. Jezus sobie spokojnie śpi. Próba wiary apostołów. A dla mnie to jeszcze coś zupełnie innego. Widzę tu bardzo siebie i swoje życie. Dzisiejszy wieczór nazwałem „wieczorem 52”. Dlaczego? Bez opisywania szczegółów, ale to właśnie 52 tygodnie temu zaczęło się dziać coś dziwnego w moim życiu. Słowa. Oceny.Walka. Życie. Deklaracje. Tak to mogę ująć w tych pięciu słowach. W życie na fali pełnych pomysłów i planów wkradło się coś co to wszystko przekreśliło. Obraz szalejącej burzy, zmagania się uczniów i groza utonięcia, a więc i śmierci (końca) bardzo mocno mi od tego wieczoru towarzyszyły. Nie potrafię też już zliczyć ile to razy krzyczałem: „Boże, czemu Cię to nic nie interesuje, że ginę. Fajnie się bawisz widząc jak tonę”. I cisza – totalna cisza. Nigdy nikomu o tym nie mówiłem. Nie spodziewałem się nawet, że o tym kiedykolwiek napiszę tu na blogu. W moim życiu trwa wielka burza. Zmagam się z nią cały czas. Jednak jest coś innego z czym nie umiem sobie poradzić. Gdy Jezus uciszył burzę to nastała głęboka cisza. No właśnie. Gdy zapraszamy Jezusa do swojego życia to chcielibyśmy widzieć natychmiastowe efekty. Jezus wstał, uciszył burzę i nastała GŁĘBOKA CISZA. Nie fanfary, ale cisza. On jest w ciszy. Widzę, czuje, doświadczam mocno, że On jest przy mnie. Gdyby tak nie było to pewnie bym nigdy nie napisałam już tych słów. Gdyby Jego nie było to bym nie istniał. Skoro jest Bóg to i ja żyje. Tylko dzięki Niemu. Tego nie mogę i nie umiem nawet zaprzeczyć. No ale właśnie ta cisza. Ja wołam, krzyczę, wydzieram się prosząc, żądając o znak. On jednak milczy. Milczenie to zdaje się być nie do zniesienia… i nie do uniesienia. Potem sam widzę, że jak burza to źle i jak cisza to też źle. Ja bym tak chciał po środku. I najlepiej bezboleśnie. I żeby się tak samo wszystko poukładało. I jeszcze w świetle reflektorów i grającej orkiestry, by inni podziwiali jaki on wielki, że potrafi z każdej sytuacji wyjść z podniesioną głową.

To nie ja mam wygrać jednak. Tą burzę mam moc uciszyć tylko Bóg. Nikt inny. Czy jednak umiem Mu to w całości oddać? Chyba mi trzeba jak Piotr (w innym już fragmencie) się utopić, by dać się złapać Bogu. Chyba tylko wtedy będę w stanie dać Mu wszystko i pozwolić, by to On to poukładał na nowo.

Dużo suchych dni przyniosło te 52 tygodnie. Często też czułem się jak topielec dla którego nie ma już ratunku. Nie wiem i nigdy tego nie zrozumiem dlaczego też było tak, że On cały czas mi o Sobie przypomniał. Mimo, że ktoś odszedł bardzo bliski, to podsyłał mi kogoś z dobrym słowem – choć na chwilę. Mimo, że straciłem prawie wszystko, to podrzucał mi różne sytuacje czy wydarzenia, w których choć na pół procenta czułem, że to co robię (może jednak) ma sens. Mimo, że wiele razy słyszałem o swojej beznadziei to On znów podsyłał mi ludzi, którzy potrzebowali rozmowy, pomocy. Sam czując się jak trup pomagałem innym w stawaniu na nogach – albo inaczej, ja nic nie potrafiąc nie przeszkadzałem Bogu i On ich podnosił.

To słowo dzisiejsze zaprasza mnie do czegoś bardzo innego niż wcześniej. Trwania w głębokiej ciszy. Nie wiem jeszcze co to oznacza.  Nie wiem po co to ma być. Nie wiem jakie będą tego owoce, efekty itd. Ale jedno mnie do tego przekonuje: Tam jest Bóg. Tam Go mogę na nowo odnaleźć. Tak tego chcę. Boję się ale biorę to na siebie. W ciszy chcę Go odnaleźć. W ciszy Go zauważyć.

Jeszcze nie znam odpowiedzi. Nie znam też drogi. Mam światło – to Boże słowo. Niech Ono w swej mądrości prowadzi. Abraham zresztą też poszedł w ciemno i miał straszną w życiu ciszę. Na spełnienie obietnicy musiał czekać 26 lat. Potem noc Go nie opuszczała. Trwał w nocy i w ciszy jak totalnie wypalony suchar i się mu to opłacało. Abrahamie, pomóż, naucz czekać, trwać, czuwać, żyć.

Jezu. Nie wiem jak, ale Tobie to wszystko zawierzam. Mój suchar i mego życiowego topielca. Każdy ból i upokorzenie. Pustkę, ciemność, samotność, bezsenne noce, łzy. Każdą burzę i walkę z tym co mnie od Ciebie oddala. Bo Ty jesteś, żyjesz, kochasz, królujesz. Teraz i zawsze jesteś. Amen